Psychodietetyka łączy wiedzę z psychologii i dietetyki, by pomóc zrozumieć, dlaczego mamy trudności z jedzeniem, i jak je skutecznie pokonać. Na blogu „Z gabinetu psychodietetyka” pokażę Ci, jak krok po kroku budować zdrową relację z jedzeniem — bez presji, lęku i frustracji.
Nie opisuję historii konkretnych osób, tylko problemy, z którymi zgłaszają się do mnie Pacjenci. Opowiadam o różnych sytuacjach, żeby pokazać, że wiele osób mierzy się z podobnymi wyzwaniami i nie jesteśmy w nich sami.
Ten blog jest miejscem wsparcia i zrozumienia dla każdego, kto chce zmienić swoje nawyki w sposób przyjazny i skuteczny. Zapraszam do śledzenia kolejnych wpisów, w których dzielę się moją wiedzą.
Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i zdarzeń jest przypadkowe.
Słowa kluczowe
Ona i bulimia — historia z gabinetu psychodietetyka
Bulimia to nie tylko choroba — to codzienna walka z poczuciem winy, wstydem i lękiem. Poznaj historię pacjentki oraz psychodietetyczne podejście do leczenia zaburzeń odżywiania.
Ona i bulimia — historia z gabinetu psychodietetyka
Na pierwszy rzut oka wygląda na uśmiechniętą i zadbaną. Elegancko ubrana, spokojna.
Nikt jednak nie widzi, jak bardzo się boi.
Od lat prowadzi prywatną wojnę — z jedzeniem, ze swoim ciałem, z poczuciem winy.
Bulimia stała się jej cieniem, obecnym w każdym dniu.
Życie w ukryciu
Objada się w samotności. Najczęściej nocą, gdy dom zasypia i nikt nie patrzy.
Na chwilę czuje ulgę, ale zaraz potem wracają emocje: wstyd, poczucie winy, rozpacz.
Wtedy pojawiają się zachowania kompensacyjne.
I tak w kółko: napad, ulga, wstyd, kara.
Opowiada mi o tym z trudem. Patrzy w bok, jakby bała się mojego wzroku.
Wiem, ile ją to kosztuje. Widzę w niej nie tylko chorobę, ale też ogromną siłę.
Bo każdy krok do gabinetu to akt odwagi.
Wspólna droga
Zaczęłyśmy terapię razem. Od początku było jasne, że potrzebna jest także psychoterapia.
Moja rola — jako psychodietetyka — to wspierać proces od strony żywieniowej i emocjonalnej.
Wprowadziłam ćwiczenia przydatne przy zniekształconym obrazie ciała, elementy uważności i relaksacji.
Dietoterapia nie opiera się tu na „diecie cud”. To raczej:
analiza sposobu odżywiania,
praca z zachowaniami żywieniowymi,
uzupełnianie niedoborów,
edukacja żywieniowa,
monitorowanie postępów.
Śledzimy zmiany w ilości i tempie jedzenia podczas napadów.
Obserwuję liczbę zachowań kompensacyjnych — nie po to, by oceniać, ale by zauważać poprawę.
Każdy, nawet najmniejszy krok w stronę zdrowia, ma tu znaczenie.
Wiara, której jeszcze brakuje
Ona jeszcze nie wierzy, że może być zdrowa.
Na razie wierzę za nią. I to wystarczy, żeby iść dalej.
Opublikowano: 28 września 2025
Media społecznościowe — inspiracja czy presja?
Jak media społecznościowe wpływają na motywację i akceptację siebie? Psychodietetyka o presji porównań, odchudzaniu i zdrowym podejściu do diety.
Media społecznościowe — inspiracja czy presja?
Włącza Instagram. Kolejna szczupła sylwetka, wyprostowana postawa, szeroki uśmiech, hasło o motywacji. Scroll dalej — następna. I jeszcze jedna.
Zamiast motywacji pojawia się jednak ciężar.
„Chciałabym schudnąć”
Kiedy przyszła do gabinetu, od progu powiedziała jednym tchem:
— Chciałabym schudnąć.
Opowiada, że próbuje wszystkiego — ćwiczy, mocno ogranicza kalorie, zaciska zęby… a jednak wciąż nie widzi efektów.
Czuje, że tkwi w błędnym kole odchudzania. Im więcej wysiłku wkłada, tym silniejsze poczucie porażki, gdy na wadze nic się nie zmienia.
I wtedy dodaje:
— Zdarza mi się płakać, kiedy patrzę na zdjęcia innych kobiet. Chciałabym poczuć się zwycięzcą, a czuję się tylko przebrana.
Instagramowa rzeczywistość
Media społecznościowe mają ogromną moc. Mogą inspirować, ale równie często stają się źródłem presji. Pokazują jedynie fragment życia — ten najbardziej dopracowany, wyretuszowany.
A my porównujemy to z własną codziennością: zmaganiami, obowiązkami, trudnymi emocjami. W internecie wszystko wygląda jak bajka, a przecież prawdziwe życie to również zmęczenie, chaos, czasem brak motywacji. Nic dziwnego, że wtedy trudniej o akceptację siebie.
Nad czym pracowałyśmy w gabinecie?
Rozpoznanie wewnętrznego krytyka, który nieustannie podcina jej skrzydła.
Nauka wspierającego języka, by obok wymagań pojawiła się też życzliwość.
Odpoczynek, bo ciało nie może działać wyłącznie w trybie „zaciskania zębów”.
Oddzielenie realnych potrzeb od narzuconych porównań z internetu.
To dopiero początek, ale już taki, który daje nadzieję.
Bo droga do zdrowia i lepszego samopoczucia nie musi prowadzić przez presję i kolejne restrykcje. Może zacząć się od troski o siebie.
Opublikowano: 5 września 2025
Jak traktować siebie w procesie zmiany nawyków? Z gabinetu psychodietetyka
Czy można zmienić nawyki żywieniowe, nie akceptując swojego ciała? Psychodietetyczne spojrzenie na rolę samoakceptacji w procesie zmiany.
Jak traktować siebie w procesie zmiany nawyków?
Do mojego gabinetu często przychodzą osoby, które mówią:
„Nie lubię siebie”.
„Patrzę w lustro i widzę tylko wady”.
„Jak mam się zmienić, skoro nie znoszę swojego ciała?”.
To właśnie od tego miejsca zaczynamy rozmowę.
Dlaczego nie da się zmieniać nawyków z pozycji krytyki?
Bo gdy kieruje nami kara i surowy osąd, szybko wracamy do starych schematów.
Motywacja oparta na nienawiści jest krótkotrwała.
Prawdziwa zmiana staje się możliwa dopiero wtedy, gdy pojawia się choć odrobina życzliwości wobec siebie.
Mały krok — wielka różnica
Nie musisz od razu „kochać siebie”.
Wystarczy zacząć traktować się z troską — jak przyjaciela, którego chcesz wspierać, a nie oceniać.
Zdrowe nawyki to nie kara.
To wyraz szacunku do siebie.
Nie „muszę schudnąć, bo się nie akceptuję”, tylko:
„Dbam o siebie, bo jestem dla siebie ważna”.
I właśnie od tego momentu proces zmiany naprawdę zaczyna ruszać.
👉 A Ty? Traktujesz siebie częściej jak surowego krytyka czy jak wspierającego przyjaciela?
Opublikowano: 21 sierpnia 2025
Z notatnika psychodietetyka: gdy jedzenie to coś więcej niż głód
Jedzenie to często coś więcej niż głód — to emocje, stres, zmęczenie czy brak wsparcia. Z notatnika psychodietetyka: cztery historie pacjentów, które pokazują, że droga do zmiany zaczyna się dużo głębiej niż przy talerzu.
Z notatnika psychodietetyka: gdy jedzenie to coś więcej niż głód
„Nie potrafię schudnąć, bo jestem słaba”
To zdanie usłyszałam od pacjentki.
Zamiast układać jadłospis, zaczęłyśmy rozbrajać słowo „słaba”.
Okazało się, że ta „słabość” to tak naprawdę:
zmęczenie,
brak wsparcia,
perfekcjonizm.
W jedzeniu rzadko chodzi tylko o jedzenie.
„Wie pani, ja jem zdrowo. Tylko wieczorem wciągam paczkę chipsów”
To nie jedzenie w ciągu dnia było problemem.
To wieczorne napięcie, które wołało: „Nakarm mnie!”
Dlatego zamiast kolejnej diety, zaczęłyśmy szukać innego sposobu na rozładowanie stresu.
„Jak już schudnę, to zacznę żyć”
Jedno zdanie, które potrafi zatrzymać całe życie.
Bo życie toczy się tu i teraz.
Waga nie jest biletem wstępu do szczęścia.
„Wczoraj zjadłam pół tortu, bo się pokłóciłam z mężem”
To nie był problem żołądka.
To był problem serca.
I właśnie od tego miejsca zaczyna się rozmowa.
👉 A Ty? Kiedy sięgasz po jedzenie — karmisz głód czy swoje emocje?
Opublikowano: 18 sierpnia 2025
Odłączeni od siebie — gdy jedzenie staje się jedynym sposobem na ulgę
Kiedy jesteśmy zmęczeni i przeciążeni, jedzenie bywa jedynym sposobem na zatrzymanie się. Psychodietetyka uczy, że można sięgnąć po inne formy samoregulacji: sen, spacer, muzykę, rozmowę, kontakt z naturą czy psychoterapię.
Odłączeni od siebie — gdy jedzenie staje się jedynym sposobem na ulgę
Zauważyłam coś ważnego u wielu osób, z którymi pracuję.
Kiedy jesteśmy zmęczeni, przeciążeni i odłączeni od siebie oraz swoich potrzeb, jedzenie często staje się jedynym sposobem, by „zatrzymać się” i poczuć ulgę.
Część osób sięga też po alkohol.
Nie dlatego, że brakuje im silnej woli.
Ale dlatego, że brakuje zasobów.
Samoregulacja — umiejętność, której można się nauczyć
Psychologia mówi o samoregulacji — to zdolność radzenia sobie z emocjami, napięciem, stresem.
Nie jest to coś, co „ma się albo nie”.
To umiejętność, którą można rozwijać. Ale nie dzieje się to z dnia na dzień.
Ogromnym krokiem jest samo uświadomienie sobie, że nie chodzi tylko o co jem, ale też dlaczego jem.
I co jeszcze — oprócz jedzenia — mogę sobie dać.
Co może stać się alternatywą dla jedzenia?
Sen — czas na prawdziwą regenerację.
Spacer — żeby poczuć ciało i uspokoić głowę.
Muzyka — która pomaga złapać oddech i równowagę.
Rozmowa — dająca ulgę, zanim napięcie „wyląduje na talerzu”.
Kontakt z naturą — las koi układ nerwowy, nie wymagając od nas działania.
Uważność — by naprawdę być w chwili, zamiast tylko ją przetrwać.
Słuchanie ptaków — ornitologia terapeutyczna to realna forma kontaktu z tu i teraz.
Aktywność fizyczna — nie po to, by spalić kalorie, ale by odzyskać siebie.
Psychoterapia — która pozwala zrozumieć źródła napięcia.
Nie chodzi o kontrolę
Nie chodzi o to, by wszystko kontrolować.
Chodzi o to, by budować życie, w którym jedzenie przestaje być jedynym sposobem na ulgę.
Z czułością do siebie.
Z uważnością.
Z czasem.
Opublikowano: 4 sierpnia 2025
Z notatnika psychodietetyka: O czym jest ten chips?
Jedzenie często niesie ze sobą coś więcej niż smak — to sposób na ulgę, bliskość czy rozładowanie napięcia. Historia pacjentki z gabinetu psychodietetyka pokazuje, jak uważność pomaga zrozumieć swoje potrzeby i budować zdrową relację z jedzeniem.
Z notatnika psychodietetyka: O czym jest ten chips?
„O czym jest ten chips?” — zapytała sama siebie, trzymając paczkę w dłoni.
To był długi dzień. Praca, telefon od mamy, kolejna nieprzyjemna rozmowa z szefem.
Wróciła do domu zmęczona, napięta, z poczuciem pustki, którego nie potrafiła nazwać.
W lodówce nic ciekawego.
Za to w szafce — znajome opakowanie. Chrupiące, słone, kojące. Takie, które zawsze na chwilę przynosiło ulgę.
Już miała otworzyć, gdy coś ją zatrzymało.
Może słowa psychodietetyka?
A może ten cichy głos w środku, który zaczęła odzyskiwać:
„O czym to jest? Czego ja teraz naprawdę potrzebuję?”
Usiadła. Wzięła kilka głębszych oddechów.
Zrozumiała, że nie jest głodna.
Jest zmęczona.
Przytłoczona.
Nikt jej dziś nie zapytał, jak się czuje.
A ona też siebie o to nie zapytała.
Chipsy mogłyby na chwilę zagłuszyć napięcie.
Ale nie rozwiązałyby tego, co boli.
Nie zjadła ich — nie dlatego, że „nie wolno”.
Tylko dlatego, że dała sobie coś innego: uwagę, zrozumienie, opiekę.
O czym jest ten chips? O czym jest to ciastko?
Czasem masz ochotę na coś słonego, chrupiącego.
Innym razem — na coś słodkiego, kremowego, czekoladowego.
Ale zanim sięgniesz, spróbuj się zatrzymać i zapytać:
O czym to jest?
Czego teraz naprawdę potrzebuję?
Czy chodzi o smak… czy może o emocje?
Może ten chips to potrzeba ulgi po trudnym dniu.
Może to ciastko to chęć bliskości, której zabrakło.
Może ta zachcianka to sposób na nudę, napięcie, zmęczenie albo samotność.
Uważność zamiast automatu
Jedzenie nie powinno być jedynym sposobem radzenia sobie z emocjami.
Zamiast oceniać swoje wybory, spróbuj je zrozumieć.
Dopiero wtedy możesz świadomie zdecydować:
Czy naprawdę chcę to zjeść?
Czy może potrzebuję czegoś innego?
To nie jest zakaz.
To zaproszenie do uważności.
Do lepszego kontaktu ze sobą.
Do zauważenia.
Do budowania relacji z jedzeniem opartej na trosce, a nie na automacie.
Opublikowano: 30 lipca 2025
Który to już poniedziałek? O presji i łagodności wobec siebie
Refleksja o presji bycia idealnym, wyrzutach sumienia i powtarzających się startach od poniedziałku. O tym, jak łagodność wobec siebie wspiera realne zmiany w nawykach żywieniowych.
Który to już poniedziałek?
Znasz to uczucie? Przez kilka dni jesteś zdyscyplinowana. Czujesz, że w końcu masz kontrolę. Potem przychodzi moment, w którym zjesz coś „poza planem”. W głowie pojawia się myśl: „Zawaliłam, znów mi się nie uda.”
Wyrzuty sumienia rosną, a wraz z nimi frustracja.
Łatwo wtedy odpuścić, zjeść więcej, a potem obiecać sobie: „od poniedziałku zacznę od nowa.”
I tak w kółko…
To nie Ty zawalasz
To nie Ty zawalasz. To podejście jest zbyt surowe. Presja, że musisz być idealna, sprawia, że każde potknięcie wygląda jak porażka.
A przecież życie rzadko bywa idealne. Odchudzanie nie wymaga perfekcji — wymaga konsekwencji. Nie trzeba być na 100% idealnym, żeby widzieć efekty.
Zacznij od kolejnego posiłku
Spróbuj zdjąć z siebie tę presję.
Nie karz się za jeden gorszy dzień.
Nie zaczynaj wciąż od poniedziałku.
Zacznij… od kolejnego posiłku.
Zamiast myśleć: „muszę trzymać dietę”, pomyśl: „chcę lepiej dbać o siebie, krok po kroku.”
Bo jeśli będziesz łagodniejsza dla siebie, nie wpadniesz w skrajności. I to właśnie wtedy zaczną się prawdziwe zmiany.
Opublikowano: 27 lipca 2025
Cisza po burzy — historia Delikatnej
Opowieść o kobiecie, która z pomocą psychodietetyka zaczęła zmieniać relację z jedzeniem. O uważności, małych krokach i odzyskiwaniu kontroli nad emocjami.
Cisza po burzy — historia Delikatnej
Delikatna była lekko po czterdziestce.
Weszła do gabinetu cicho, niemal niepostrzeżenie.
Jej spojrzenie było łagodne, ale w oczach widać było zmęczenie.
— Chciałabym w końcu poukładać swoje relacje z jedzeniem. Przestać je traktować jak pocieszyciela… i jak wroga.
Opowiedziała o życiu, w którym zawsze była „tą silną” — perfekcyjną córką, żoną, matką i pracownicą.
W pracy stres.
W domu chaos.
W niej — nieustanne napięcie.
Jedzenie stało się ucieczką.
Czekolada koiła nerwy.
Chrupiące przekąski zagłuszały myśli.
Czasem jednak to „uciekanie w smak” wymykało się spod kontroli.
Jadła szybko, dużo, bez opamiętania.
A potem pojawiało się tak silne poczucie winy, że chciała się „pozbyć błędu” — prowokowała wymioty.
„Nie działo się to często, ale wystarczająco, by zaczęłam się bać. Tak bardzo nie nawidziłam tego w sobie…
Wiem, że to nie jest rozwiązanie. Nie chcę tak żyć. Ale nie potrafię inaczej…”
Jej głos był niemal szeptem.
Małe kroki do zmiany
Rozmawiałyśmy o tym, skąd bierze się napięcie.
O presji, którą sama na siebie nakłada.
O tym, jak jedzenie stało się jej jedynym „bezpiecznym” sposobem rozładowania emocji.
Zaczęłyśmy małe kroki:
zatrzymanie się na chwilę przed jedzeniem,
zauważenie emocji, zanim zamienią się w kompulsywne działanie,
wprowadzenie uważności w codzienności.
To nie było łatwe.
Potrzebny był czas, aby zmienić utarte schematy.
Delikatna po raz pierwszy poczuła, że ktoś jej nie ocenia.
Że nie musi się wstydzić.
Że jest inna droga.
Pierwsze sukcesy
Po kilku tygodniach wróciła do gabinetu z uśmiechem:
— Wie Pani… pierwszy raz od lat, gdy miałam trudny dzień, zamiast sięgać po jedzenie, po prostu… poszłam na spacer. I to wystarczyło.
To był dopiero początek, ale w jej oczach widać było iskierkę nadziei.
Jeśli ta historia jest Ci bliska lub Cię poruszyła — udostępnij ją.
Może ktoś, kto się z nią utożsamia, poczuje, że nie jest sam i odważy się zrobić pierwszy krok.
Opublikowano: 22 lipca 2025
Legginsy i samoakceptacja. O relacji z ciałem i wybieraniu siebie
Osobista refleksja o samoakceptacji, pracy nad relacją z ciałem i o tym, jak małe rzeczy — jak nowe legginsy — mogą stać się symbolem dużej zmiany.
Legginsy i samoakceptacja
Kto by pomyślał, że nowy model legginsów może wywołać całą falę przemyśleń?
Na ich czele stoi samoakceptacja.
Zaufanie do swojego ciała.
Polubienie go.
A może z czasem nawet… miłość do niego.
Ale zacznijmy od początku.
„To nie dla mnie”
Przez lata byłam w stanie zaakceptować wiele — swój styl, swoje wybory, swoje słabości.
Ale legginsy?
One długo budziły mój respekt.
Kiedyś byłam przekonana, że to strój wyłącznie dla „fit babek”.
Wiecie — tych w rozmiarze 34, 36, może 38.
Zdecydowanie nie dla mnie.
Patrzyłam na nie z dystansu.
Wydawały mi się odważne, obcisłe, „nie na moją sylwetkę”.
Powrót do siebie zmienia perspektywę
Z czasem, wraz z pracą nad sobą i budowaniem relacji z moim ciałem, coś zaczęło się zmieniać.
Bo kiedy naprawdę wracamy do siebie — dzieją się małe cuda.
Zaczynamy patrzeć na siebie mniej krytycznie, a bardziej z czułością.
Zamiast nieustannie się oceniać, uczymy się trzymać ze sobą sztamę.
Zaczynamy dostrzegać to, co w nas dobre, piękne, wyjątkowe.
I zaczynamy słuchać, co ciało ma nam do powiedzenia.
A mówi dużo:
że jest zmęczone,
że dźwiga więcej, niż by chciało,
że pragnie czułości, ruchu, oddechu,
dobrej jakości jedzenia, snu, troski.
Dziś jesteśmy w dobrych stosunkach
Dziś mogę powiedzieć, że jestem ze swoim ciałem w dobrych relacjach.
Nie idealnych — czasem mamy „ciche dni”.
Ale ogólnie się dogadujemy.
Kiedy założyłam legginsy, o których od dawna marzyłam — takie, które mocno podkreślają krągłości — poczułam dumę.
Zobaczyłam, jak daleko zaszłam.
Oczywiście na moment odezwał się wewnętrzny krytyk:
– „A może przesadzasz?”
– „Jak ty wyglądasz?”
Odpowiedziałam mu stanowczo:
– Daj spokój. Chcę to zrobić. Jest dobrze.
To nie chodzi o legginsy
Wiem, że nie jestem sama.
Wiele kobiet — tak jak ja kiedyś — delikatnie mówiąc, nie przepada za swoim ciałem.
Jeśli to czytasz i czujesz, że to o Tobie, chcę Ci powiedzieć jedno:
To się da zmienić.
Można ze sobą „zakuplować”.
Zacząć siebie rozumieć.
A potem traktować swoje ciało jak najlepszego przyjaciela.
Z czułością.
Bez kar.
Bez wyrzutów.
Bez nienawiści.
Bo dopiero wtedy ciało zaczyna oddychać.
Dopiero wtedy puszcza pancerz.
A ten pancerz bywa zbudowany z:
tkanki tłuszczowej,
napięcia,
lęku,
niedosypiania,
stresu,
samotności.
Nie chodzi o legginsy.
Chodzi o relację z samą sobą.
A legginsy?
Czasem są tylko symbolem.
Tego, że już się siebie nie wstydzisz.
Tego, że wybierasz siebie.
I że w końcu Ci wolno.
Pozdrawiam,
Sylwia
Opublikowano: 22 lipca 2025
Może nie chodzi o głód fizyczny. O głodzie emocjonalnym i powrocie do siebie
Krótka refleksja o tym, jak odróżnić głód fizyczny od emocjonalnego i dlaczego nauka słuchania sygnałów ciała to proces powrotu do siebie.
Może nie chodzi o głód fizyczny
Być może bardzo dawno temu zatraciłeś umiejętność odczytywania sygnałów głodu i sytości.
Być może nie wiesz już, kiedy naprawdę jesteś głodny, a kiedy po prostu potrzebujesz czegoś innego.
Może czujesz, że jesteś głodny cały czas. Ale to nie żołądek woła — tylko serce.
Może trudno Ci przestać jeść, bo w jedzeniu próbujesz odnaleźć ukojenie, obecność, bezpieczeństwo.
Może nie chodzi o głód fizyczny. Może chodzi o głód spokoju. Bliskości. Zrozumienia.
„Czego naprawdę mi teraz potrzeba?”
Aby nauczyć się na nowo rozpoznawać sygnały głodu i sytości, trzeba zrobić coś więcej niż tylko „obserwować ciało”.
Trzeba wrócić do siebie.
Zatrzymać się.
Zapytać nie tylko:
„Czy jestem głodny?”
Ale też:
„Czego naprawdę mi teraz potrzeba?”
Bo ośrodek głodu to nie tylko biologia.
To również emocje, pamięć, doświadczenia i relacja z samym sobą.
Uczenie się kontaktu z głodem i sytością to tak naprawdę nauka bycia bliżej siebie.
W ciszy.
W uważności.
Bez oceny.
To proces delikatny, wymagający cierpliwości. Ale możliwy.
Opublikowano: 9 lipca 2025
Historia Silnego. O otyłości, stresie i odzyskiwaniu sprawczości
Historia mężczyzny zmagającego się z otyłością i wieczornym podjadaniem pod wpływem stresu. O tym, dlaczego sama dieta to czasem za mało i jak odzyskać sprawczość.
Historia Silnego
Silny miał trochę ponad czterdzieści lat. Rodzinę, dzieci, dobrą pracę. Z zewnątrz wszystko się zgadzało — odpowiedzialny, zaradny, „ogarnia życie”. Kiedy jednak usiadł naprzeciwko mnie w gabinecie, zobaczyłam coś więcej niż człowieka, który przyszedł po jadłospis.
„Brakuje mi siły”
Zmagał się z otyłością. Ale jeszcze bardziej z tym, jak się z tym czuł.
Był coraz bardziej zmęczony, senny, ociężały. Mówił, że brakuje mu siły, żeby bawić się z dziećmi. W pracy dawał radę — bo musiał. Prywatnie coraz częściej „nie chciało mu się chcieć”.
Przyszedł po konkrety. Chciał jadłospis — i dostał ode mnie jadłospis. Jadłospis zadziałał. Trzymał się go z dużym zaangażowaniem. Waga zaczęła spadać.
Byłam zadowolona z efektów, choć podskórnie czułam, że problem jest głębszy. Że to nie tylko kwestia jedzenia.
„To chyba nie jest dobry czas”
Po około dwóch tygodniach napisałam wiadomość z pytaniem, jak mu idzie. Odpisał po dwóch dniach:
„Dużo się dzieje. Chyba to nie jest dobry czas. To chyba nie dla mnie.”
Zaprosiłam go na wizytę kontrolną. Przyszedł. Milczał chwilę. Jego mina mówiła więcej niż słowa. W końcu powiedział:
— Znów podjadam. Wieczorami. W pracy stres, głowa pełna, źle śpię… i jem. Jem, jakby to miało mi coś załatwić. A potem czuję się jeszcze gorzej.
Był podłamany. Wstydził się. Ale był też gotowy spróbować inaczej.
Tym razem bez jadłospisu
Zostawiliśmy plan żywieniowy na boku. Zaczęliśmy od podejścia psychofizycznego.
Spisaliśmy wspólne cele — nie tylko wagowe, ale związane z jakością życia. Zastanowiliśmy się, co może je sabotować.
Zamiast ścisłego jadłospisu uczyliśmy się komponowania porcji.
Rozmawialiśmy o nagrodach i o tym, jak nie robić z jedzenia „pocieszyciela” ani „kary”.
Pojawił się też temat ruchu — nie jako obowiązku, lecz jako sposobu na ulgę.
Widziałam, że coś w nim drgnęło.
Coś więcej niż spadek wagi
Po kilku tygodniach Silny znów zaczął chudnąć. Powoli, ale systematycznie. Co ważniejsze — zaczął wracać do siebie. Uczył się rozpoznawać swoich wewnętrznych sabotażystów. Te głosy, które mówiły:
„Odpuść.”
„Nie dasz rady.”
„Teraz nie czas.”
Nie zagłuszał ich. Próbował je zrozumieć — i przejmować nad nimi kontrolę. Zyskiwał coś więcej niż ubytek kilogramów: zyskiwał sprawczość.
I o to w tym wszystkim chodzi.
Opublikowano: 1 lipca 2025
Dlaczego znowu to zrobiłam? Samosabotaż w praktyce
Historia pacjentki, która chciała schudnąć 15 kg, ale wciąż „zawalała”. O tym, czym naprawdę jest autosabotaż i jak przestać się obwiniać w procesie zmiany nawyków.
Dlaczego znowu to zrobiłam? Autosabotaż w praktyce
Wyjątkowa ma 39 lat. Rodzinę. I dużą determinację. Na pierwszej wizycie powiedziała:
„Chcę schudnąć 15 kilo. Wniki badań jak u emeryta, a mam dzieci w podstawówce. Wiem, co mam robić. Znam wszystkie diety świata. Potrzebuję kogoś, kto mnie dopilnuje.”
Brzmiała jak wiele osób, które przez lata żyły w schemacie:
„Muszę się w końcu za siebie wziąć.”
Zaczęłyśmy spokojnie
Bez restrykcji.
Bez jadłospisu.
Z edukacją psychodietetyczną.
Zaproponowałam, żeby zamiast całkowitej rewolucji skupiła się na trzech prostych krokach:
jeden ciepły posiłek dziennie,
brak podjadania przy gotowaniu,
20 minut spaceru dziennie.
Po półtora tygodnia napisała i odwołała wizytę.
„Nie ma sensu. Znowu wszystko zepsułam. W poniedziałek było super, we wtorek też. A w środę… wróciłam zmęczona z pracy, zrobiłam makaron dzieciom i zjadłam pół garnka, stojąc nad kuchenką. A potem dojadłam chipsy. No i już poszło jak lawina. Znowu zawaliłam. Ja się do tego nie nadaję.”
Co naprawdę wydarzyło się w środę?
Zaproponowałam krótką rozmowę telefoniczną. 15 minut.
Zgodziła się.
– Co się wydarzyło w środę?
– Miałam trudny dzień. Szef był niemiły. Wróciłam do domu — bałagan, dzieci się kłóciły. Nie miałam siły.
– A wcześniej, jak radziła sobie Pani z takim napięciem?
– Jadłam. Tyle że teraz przecież miałam tego nie robić!
– To nie był „błąd”, tylko dobrze znany sposób radzenia sobie z emocjami.
Zamilkła.
To był początek zmiany.
Nie takiej, w której nagle zaczęła jeść idealnie.
Ale takiej, w której przestała się obwiniać.
Samosabotaż czy mechanizm ochronny?
Zaczęłyśmy pracę nad:
rozpoznawaniem napięcia, zanim sięgnie po jedzenie,
relaksacją i czuciem ciała,
budowaniem alternatywnych strategii,
zauważaniem nie tylko „potknięć”, ale też małych sukcesów.
Po dwóch miesiącach przyszła i powiedziała:
„Waga ruszyła. Wprawdzie nie schudłam 15 kilo. Ale pierwszy raz od lat nie mam poczucia, że jestem beznadziejna. Zaczęłam się bardziej lubić. Jestem uważna na siebie, regularnie rozładowuję napięcie i w większości przypadków nie kończy się to nadmiarowym jedzeniem.”
Na koniec dodała z uśmiechem:
„Jest dla mnie nadzieja.”
Czym naprawdę jest autosabotaż?
Autosabotaż nie oznacza braku silnej woli. To często mechanizm ochronny przed zmianą, która wydaje się:
zbyt trudna,
zbyt niepewna,
zbyt obciążająca.
Zamiast z nim walczyć, warto go zrozumieć.
Bo za każdym razem, gdy „znowu coś zawalimy”, mamy szansę:
lepiej poznać siebie,
zobaczyć swoje schematy,
zatroszczyć się o siebie zamiast się karać.
Opublikowano: 22 czerwca 2025
(Nie)jedna historia ciała. O powrocie do siebie i czułej relacji z ciałem
Poruszająca opowieść o ciele, które latami było krytykowane i kontrolowane. O tym, jak zaczyna się zmiana, gdy pojawia się czułość, uważność i prawdziwe słuchanie siebie.
(Nie)jedna historia ciała
Za wieloma wioskami, za wieloma mostami, żyło sobie ciało. Jedno. Wyjątkowe. Unikatowe.
Od kiedy pamiętało, czuło się… nieswojo. Ciągle oceniane. Głodzone. Przekarmiane.
Musiało ćwiczyć — nie z radości, lecz po to, by „zasłużyć”.
Niejednokrotnie milczące, bolące, zmęczone.
Przyzwyczajone do słów rzucanych bez sympatii.
Do kpin. Do ironii. Do traktowania jak wroga.
Karmione byle czym — raz tym, co nie służyło, innym razem tym, co dawało siłę i spokój… ale tylko na chwilę.
Bo potem znów wracał chaos.
Może wszystko zaczęło się wcześniej?
Ciało czuło, że być może początek był w dzieciństwie.
Gdy nie dostawało akceptacji.
Gdy było pomijane.
Niezauważane.
Jak cień. Jakby nie istniało.
Z czasem pogodziło się z tym, że jego widok w lustrze budzi niechęć.
Czasem nawet odrazę.
Milczało.
Ale dawało znaki.
Napięciem.
Bólem.
Dusznością.
Niepokojem.
Czekało. Cicho.
Z nadzieją, że ktoś je w końcu usłyszy.
Moment przełomu
I kiedy myślało, że już nic się nie zmieni — pewnego dnia usłyszało cichy płacz. Nie był to zwykły płacz. Był głęboki. Prawdziwy. Jakby z samego środka. Ciepły. Oczyszczający.
Od tego momentu wszystko zaczęło się zmieniać.
Ciało słyszało coraz mniej przykrych słów. Coraz częściej było dotykane z czułością. Przytulane. Głaskane.
Zaczęło chodzić na spokojne spacery. Odpoczywało.
Zmiany były powolne, ale prawdziwe.
„Czego potrzebujesz?”
Pewnego dnia padło pytanie:
Czego potrzebujesz? Czego potrzebujemy? Ciało pomyślało: „To cud”.
Zaczęło dostawać odżywcze jedzenie. Jadło wtedy, gdy było głodne — nie wtedy, gdy głód miały tylko emocje.
Słuchało rozmów o akceptacji. O powrocie do siebie. O tym, że nie musi być inne, by być ważne.
Zmiana z troski, nie ze strachu
Ciało zaczęło się zmieniać.
Nie z przymusu.
Nie ze strachu.
Zmieniało się z troski.
Traciło to, co magazynowało latami: ból, lęk, wstyd.
Rozkwitało.
Było zaskoczone, jak wiele może dać czułość i opieka. Jak bardzo można siebie odnaleźć… w sobie samym.
Opublikowano: 17 czerwca 2025
Kiedy sport staje się ucieczką, a nie wsparciem. O kompulsywnym ruchu i maskowanej depresji
Kiedy aktywność fizyczna przestaje wspierać, a zaczyna być przymusem? O kompulsywnym ruchu, napięciu i maskowanej depresji w gabinecie psychodietetyka.
Kiedy sport staje się ucieczką, a nie wsparciem
„Przynajmniej ćwiczę. To zdrowe, prawda?”
Takie zdanie często słyszę w swoim gabinecie.
Od osób, które codziennie muszą przebiec kilka kilometrów, zrobić 60 minut treningu albo zaliczyć kolejną rundę cardio. Nawet jeśli ciało już nie daje rady.
Ale czy to nadal chodzi o zdrowie?
Aktywność czy przymus?
Kompulsywne uprawianie sportu to nie to samo co regularna aktywność fizyczna.
To przymus.
Często maska dla emocji takich jak:
lęk,
pustka,
poczucie braku kontroli,
a nawet depresja.
Ciało się rusza, ale psychika stoi w miejscu.
Uśmiech na zdjęciu po treningu.
A w środku — smutek, którego nikt nie widzi.
„Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku”
W moim gabinecie spotykam osoby, które wydają się:
aktywne,
zdyscyplinowane,
świetnie zorganizowane.
A jednak pod tą powierzchnią często kryje się napięcie, przemęczenie i niska samoocena.
Sport staje się ucieczką.
Jedyną dostępną formą radzenia sobie.
Czasem trening to jedyny moment, gdy ktoś czuje się „wystarczający”.
Bo był produktywny. Spalił kalorie. Zasłużył.
Problem w tym, że ta ulga jest chwilowa.
Z czasem pojawia się coraz więcej zmęczenia — zarówno fizycznego, jak i psychicznego.
Depresja nie zawsze wygląda jak smutek
Czasem wygląda jak:
6–7 treningów w tygodniu,
codzienne cardio bez radości,
niepokój, gdy wypada dzień wolny od aktywności.
Oczywiście — ruch ma ogromną wartość.
Wspiera zdrowie psychiczne i metaboliczne. Poprawia sen i nastrój.
Ale jeśli:
czujesz lęk na myśl o dniu bez treningu,
ćwiczysz mimo kontuzji, bólu czy braku sił,
sport jest Twoim jedynym „lekarstwem” na złe samopoczucie,
zatrzymaj się na chwilę i zadaj sobie pytanie:
Czy nadal chodzi o zdrowie?
Zdrowie to także odpoczynek
Zdrowy styl życia to nie tylko ruch, dieta i dyscyplina.
To również:
słuchanie siebie,
odpoczywanie,
odpuszczanie,
zwalnianie,
szukanie wsparcia, kiedy jest potrzebne.
Zasługujesz na zdrowie prawdziwe.
Nie tylko takie, które dobrze wygląda na Facebooku czy Instagramie.
Opublikowano: 4 czerwca 2025
Głodzenie sposobem, żeby poczuć się silną… O kontroli, wrażliwości i zaburzeniach odżywiania
Poruszająca historia młodej pacjentki zmagającej się z zaburzeniami odżywiania. O tym, jak głodzenie staje się sposobem radzenia sobie z napięciem i jak wygląda proces zdrowienia.
Głodziłam się, żeby poczuć siłę
Ona — piękna, młoda dziewczyna, przed którą stoi cały świat.
Radosna, pełna życia… na pierwszy rzut oka.
Spadek masy ciała już dawno zaniepokoił rodziców.
Dopiero hospitalizacja była momentem, który ich otrzeźwił.
Po raz pierwszy wypowiedzieli na głos to, co od miesięcy wisiało w powietrzu — że ją tracą.
Nie chodziło o „modę na bycie fit”.
Nie o „zwykłą dietę”.
Patrzyli, jak ich córka znika.
Z tygodnia na tydzień było jej coraz mniej.
Ciało drobniało. Policzek zapadały się. Spojrzenie gasło.
Było w niej coś poruszającego — delikatność pomieszana z ogromnym napięciem.
Jakby każdy gram ciała kosztował ją za dużo.
„Mam to pod kontrolą”
Na pierwszej wizycie mówiła niewiele.
Powtarzała:
– Wszystko mam pod kontrolą.
– Czuję się dobrze.
– To tylko dla zdrowia.
Z wizyty na wizytę coś zaczęło się zmieniać.
Delikatnie. Powoli. Bez presji.
Zaczęła mówić o szkole.
O tym, że nigdy nie była szczególnie lubiana.
Piątkowa uczennica. Słyszała za plecami: kujonka.
Czasem wystarczył jeden komentarz.
Jedno krzywe spojrzenie.
Szept za plecami.
Była wrażliwa.
Zbyt wrażliwa, jak na ten świat.
A świat — zamiast objąć — nauczył ją się chować.
Od chowania się do głodzenia
Chowanie się zamieniło w kontrolę.
Kontrola — w głodzenie.
A głodzenie — w jedyny sposób, by choć na chwilę poczuć się silną.
Zaczęłyśmy spotykać się regularnie.
Nie rozmawiałyśmy od razu o jedzeniu.
Bardziej o niej. I tylko wtedy, kiedy chciała mówić.
Z każdym spotkaniem było więcej zaufania.
Więcej prawdy.
Zgodziła się na spotkania z psychologiem, któremu zaufała.
I może właśnie od tego zaczęło się jej wracanie.
Nie od liczenia kalorii.
Od tego, że ktoś zaczął ją widzieć naprawdę.
Małe kroki, wielka odwaga
Kiedy poczułam, że to dobry moment, delikatnie wróciłyśmy do tematu jedzenia.
Nie było już tyle oporu.
Nie zamykała się. Nie zaprzeczała.
To wciąż była walka — ale już nie samotna.
Szła w swoim tempie.
Raz szybciej. Raz wolniej.
Czasem z krokiem w tył.
Ale z nadzieją.
Cieszyła się, kiedy udało jej się zjeść podwieczorek bez wyrzutów sumienia.
To był jej mały, osobisty sukces.
Nie tylko talerz zjedzony do końca, ale brak wewnętrznej kary po nim.
Patrzyła wtedy na mnie pewniejszym wzrokiem.
Jakby po raz pierwszy widziała siebie nie przez pryzmat kilogramów, lecz odwagi.
Leczenie zaburzeń odżywiania to proces
Wyciszenie zaburzeń odżywiania to długi proces. Wymagający ogromnej cierpliwości. To nie kwestia „chcenia bardziej”. To nie kwestia „ogarnięcia się”. To głęboka praca nad sobą.
Wymaga interdyscyplinarnego wsparcia:
dietetyka,
psychodietetyka,
psychoterapeuty,
lekarza.
Współpracy. Zrozumienia. Czułości.
Opublikowano: 2 czerwca 2025
Nie lubię tych wieczorów… O wieczornym objadaniu i potrzebie zadbania o siebie
Historia pacjentki, która chciała schudnąć przed 40. urodzinami. O tym, jak wieczorne objadanie często jest sposobem radzenia sobie z emocjami i jak krok po kroku odzyskać kontrolę.
Nie lubię tych wieczorów…
„Nie lubię tych wieczorów…” — powiedziała Promienna na jednej z pierwszych wizyt. Promienna niedługo kończy 40 lat. Jest mamą, żoną. Rodzina jest dla niej bardzo ważna. Praca? Wymagająca. Spędza w niej większość dnia. Jest dokładna, rzetelna.
W domu wszystko dopięte na ostatni guzik.
Zapytałam:
– A co Pani robi dla siebie?
Posmutniała. Po chwili odpowiedziała już głośniej:
– Właśnie po to tu jestem. Chcę zrobić coś dla siebie. Schudnąć na swoje 40. urodziny. Wreszcie czuć się dobrze ze sobą. Ubrać wystrzałową sukienkę. Rozpuścić włosy…
I wtedy dodała:
– Tylko te wieczory…
Co dzieje się wieczorem?
W ciągu dnia je niewiele.
Praca, dom, zakupy. Łapie coś w biegu, byle pod ręką — i pędzi dalej.
Ale kiedy przychodzi wieczór, zaczyna jeść.
Jedzenie pozwala jej się odstresować.
Dużo. Słodko. Tłusto.
Ma wrażenie, że mogłaby biesiadować aż do nocy.
To klasyczny schemat wieczornego objadania. W dzień — kontrola i zadaniowość. Wieczorem — zmęczenie i rozluźnienie hamulców.
Od czego zaczęłyśmy? Nie od diety cud.
Zaczęłyśmy od uporządkowania dnia.
Wprowadziłyśmy regularne posiłki, by zapobiec napadom wieczornego objadania.
Pracowałyśmy nad:
relaksacją,
odpuszczaniem,
zgodą na chwile tylko dla siebie.
Szukałyśmy wyzwalaczy. Co uruchamia to jedzenie?
Najczęściej były to:
trudne emocje,
zmęczenie,
włączony telewizor.
To wszystko wpływało na ilość zjadanych wieczorem produktów.
Zanim zaczęła się zmiana, potrzebne było zrozumienie:
co naprawdę kryje się za wieczornym objadaniem?
Zamiast sięgać po jedzenie — sięga po siebie
Promienna powoli uczy się znajdować czas dla siebie.
Nieśmiało. Czasem jeszcze z poczuciem winy.
Ale coraz lepiej rozumie, że to nie luksus. To potrzeba.
Na lodówce wisi kartka.
Wypisała na niej swoje sposoby na wieczorne zajadanie.
Zamiast sięgać po jedzenie, sięga po siebie:
spacer,
muzykę,
ciepłą kąpiel,
ulubioną książkę.
Wieczory wciąż bywają trudne.
Ale teraz czuje, że to ona przejmuje kontrolę.
Nie jedzenie.
A Ty? Co kryje się za Twoimi wieczorami? Czy potrafisz być dla siebie ważna — tak jak jesteś ważna dla innych?
Opublikowano: 18 maja 2025
Wrażliwa i jej relacja z jedzeniem. Historia z gabinetu psychodietetyka
Opowieść z gabinetu psychodietetyka o relacji z jedzeniem po doświadczeniu zaburzeń odżywiania. O wychodzeniu z kontroli, pracy nad obrazem ciała i budowaniu zaufania do siebie.
Jest młoda, szczupła, z piękną twarzą. Przyszła do mnie, bo chciała zmienić swoje podejście do jedzenia. Chciała wreszcie przestać ciągle myśleć o jedzeniu. A właściwie — o niejedzeniu.
Miała wymarzoną pracę, własne mieszkanie i przeszłość z zaburzeniami odżywiania, która mimo upływu lat nadal kładła się cieniem na jej codzienności.
Jej posiłki były dobrze zaplanowane. Powtarzalne. Bezpieczne.
Każdy gram przeliczony.
Każda pora dokładnie ustalona.
Bez przypadków. Bez emocji.
Często także — bez smaku.
Pracowałyśmy nad:
obrazem ciała,
zaufaniem do siebie,
poluzowaniem sztywnych zasad — zarówno w jedzeniu, jak i w życiu.
Wrażliwa zaczęła próbować nowych smaków.
Najpierw niepewnie, z lękiem.
Później — z coraz większą ciekawością.
Krok po kroku. Powoli.
Po latach silnej kontroli potrzebowała czasu, żeby zacząć płynąć we właściwym kierunku.
To była praca z uważnością.
Z czułością wobec siebie.
Z pozwoleniem, żeby czasem nie wszystko było „idealne”.
Bo idealnie już było.
A teraz miało być prawdziwie.
Po każdej wizycie mówiła, że czuje się lepiej. Lżej. Jakby ktoś rozwiązywał supeł, który przez lata ściskał ją od środka.
Jeśli ta historia jest Ci bliska — zatrzymaj się przy niej na chwilę. Czasem jedno zdanie może stać się początkiem zmiany.
Opublikowano: 9 maja 2025
To moja ostatnia szansa. Historia kobiety, która przestała walczyć ze sobą
Historia pacjentki, która osiągnęła sukces zawodowy, ale zmagała się z jedzeniem emocjonalnym. Dzięki pracy psychodietetycznej odzyskała spokój i zaczęła dbać o siebie bez presji.
Ostatnia szansa przed tabletkami “na odchudzanie”
Błyskotliwa miała ponad 40 lat. Wysokie stanowisko, prestiż, wpływy. W domu kochający mąż, dorastające dzieci. Życie, które wielu uznałoby za idealne. Mogłoby się wydawać: sukces, pełnia szczęścia. Gdyby nie — jak sama mówiła — „ta porażka”. Tak nazywała swoje dodatkowe kilogramy.
Przyszła do mnie z rezygnacją w głosie.
„To moja ostatnia próba. Jeśli nic z tego nie będzie, sięgnę po tabletki odchudzające. Chociaż do tej pory unikałam ich jak ognia.”
Już na pierwszej konsultacji zobaczyłam kobietę skrajnie zmęczoną. Nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim emocjonalnie. Przepracowaną. Perfekcyjną do bólu. Zestresowaną. I bardzo surową wobec samej siebie.
W rozmowie często powtarzała:
muszę
powinnam
nie wypada
trzeba
Odpoczynek? „Szkoda czasu.”
Jedzenie? „Jak się uda.”
Ciało? „Niech wreszcie zacznie współpracować.”
Opowiedziała mi o swoich dniach. Potrafiła nie jeść przez wiele godzin. Dopiero wieczorem, wracając do domu, napięcie opadało. Wtedy pojawiało się jedzenie. I często kieliszek wina.
Wino pomagało jej się wyciszyć. Jedzenie przynosiło ulgę po dniu pełnym napięcia.
Nie zaczęłyśmy od jadłospisu.
Zaczęłyśmy od zatrzymania.
Na początku wieczorna relaksacja wydawała jej się stratą czasu. Spróbowała. Najpierw minutę. Potem cztery. Z czasem dziesięć.
Zaczęła też zauważać sygnały z ciała. Moment, w którym pojawia się głód. Zmęczenie. Napięcie.
Powoli uczyłyśmy się odpuszczać nadmierną kontrolę. Tylko tyle, ile była gotowa puścić.
Z czasem wprowadziłyśmy regularne posiłki. To nie było łatwe. Jej grafik nadal był bardzo wymagający. Ale znalazłyśmy rozwiązania dopasowane do jej rzeczywistości: kanapki do samochodu, zupa w termosie, batonik proteinowy w torebce.
To nie było idealne.
Ale było realne. I było wyrazem troski o siebie.
Po kilku tygodniach przyszła na wizytę z uśmiechem.
„Zaczynam lubić tę wersję siebie. Taką spokojniejszą.”
Waga zaczęła powoli spadać. Ale to nie ona była najważniejsza. Najważniejsze było to, że Błyskotliwa przestała ze sobą walczyć. Nie musiała już siebie karać. Zaczęła siebie słuchać. I właśnie wtedy zaczęła się prawdziwa zmiana.
Opublikowano: 6 maja 2025
Zaczęło się od dyslipidemii… Historia odzyskiwania kontroli nad jedzeniem i zdrowiem
Storytellingowa historia z gabinetu psychodietetyka o pacjentce z dyslipidemią i otyłością, która dzięki pracy psychodietetycznej odzyskała kontrolę nad jedzeniem i zdrowiem.
Zaczęło się od dyslipidemii…
Urocza miała zaledwie 54 lata, a jej wyniki badań krwi z roku na rok się pogarszały. Zmagała się z dyslipidemią, chorobą otłuszczeniową wątroby i nadciśnieniem. Trafiła do mnie z polecenia. Szukała dietetyka klinicznego, który pomoże jej uporządkować żywienie i odzyskać kontrolę nad zdrowiem.
Od wielu lat żyła z otyłością. Miała za sobą kilka prób odchudzania. Każda wyglądała podobnie: dobry początek, chwilowy sukces, a potem powrót do dawnych nawyków.
Podczas pierwszej wizyty była konkretna i rzeczowa. Powiedziała wprost:
„Nie oczekuję cudów. Ale chcę, żeby wreszcie ktoś spojrzał na mnie całościowo.”
Stworzyłyśmy indywidualny plan żywieniowy. Uwzględniał jej wyniki badań, przyjmowane leki, tryb życia i preferencje. Urocza była bardzo zaangażowana. Gotowała w domu, przygotowywała posiłki do pracy, trzymała się zaleceń.
A mimo to masa ciała nie spadała.
Na kolejnych wizytach widziałam narastającą frustrację.
„Ja nie rozumiem. Robię wszystko jak trzeba, a waga ani drgnie.”
Z czasem zaczęła opowiadać o swoich wieczorach.
„Trzymam się cały dzień. Jem zgodnie z planem.
A potem wracam do domu, jem kolację… i zaczyna się.
Sięgam po coś jeszcze. I jeszcze.
Jem, aż nie mogę przestać. Czasem aż robi mi się niedobrze.”
Wtedy stało się jasne, że sam plan żywieniowy to za mało. Potrzebowałyśmy równoległej pracy psychodietetycznej. Bo problemem nie była wiedza o tym, co jeść — tylko to, co działo się wieczorem, kiedy emocje przejmowały kontrolę.
Zaczęłyśmy od małych kroków. Uczyłyśmy się uważności przy jedzeniu. Rozpoznawania głodu fizycznego i emocjonalnego. Identyfikowania sytuacji i emocji, które wyzwalały napady objadania.
Stworzyłyśmy też „plan B” na trudne wieczory — sposoby, które pomagały się uspokoić i odzyskać równowagę bez sięgania po jedzenie.
To nie była szybka zmiana. Ale była prawdziwa.
Z czasem Urocza zaczęła odzyskiwać poczucie sprawczości. Coraz rzadziej mówiła: „nie dam rady”. Zamiast tego pojawiało się nowe zdanie:
„Czasem jest trudno. Ale wiem, co mogę zrobić.”
Waga zaczęła powoli spadać. Wyniki badań się poprawiły.
Ale najważniejsza zmiana wydarzyła się gdzie indziej.
Urocza przestała czuć się bezradna wobec jedzenia. Zrozumiała, że jej zachowania nie są „brakiem silnej woli”, ale sygnałem potrzeb, emocji i nawyków, które można zmienić.
Zaczęła budować nową relację z jedzeniem.
Relację opartą nie na kontroli i frustracji, ale na zrozumieniu i trosce o siebie.